Nie żyje Henryk Victorini, legenda Bieszczadów, obrońca przyrody
2 lipca 2026 r. zmarł Henryk Victorini, obrońca przyrody, jeden z pierwszych powojennych osadników w Bieszczadach, wieloletni członek Stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot.
Henryk Victorini pochodził spod Lwowa, jego rodzicom komuniści odebrali ziemię i wojnie zostali wysłani do Bytomia. Dorastał w Krośnie, gdzie ukończył liceum, rozpoczął studia weterynaryjne w Opolu, ale ich nie ukończył. Końcem lat 50. wyjechał w Bieszczady aby wypasać na zlecenie PGR-u stado 500 krów w dolinie Sanu. W filmie „Rancho »Texas«”, kręconym w Bieszczadach, Victorini został zatrudniony jako kaskader do dublowania Bogusza Bilewskiego w niebezpiecznych scenach jeździeckich. Prowadził stanicę PTTK w Tworylnem w baraku po filmowcach, następnie stację turystyczną w Sokolu. Po wybudowaniu zapory w Solinie, przeniósł się nad brzeg jeziora. W 1971 roku powstał o nim film „Jeden dzień Henryka” w reżyserii Zbigniewa Święcha.
Przez większość swojego życia mieszkał z dala od cywilizacji, na odludziu, wśród lasów i zwierząt. Żył skromnie, bez wygód cywilizacji. Samotność nigdy mu nie doskwierała – uważał, że życie wśród zwierząt i lasu jest cenniejsze niż cywilizacyjny gwar.
Henryk Victorini na początku lat 2000. był mocno zaangażowany w obronę Bieszczadów przed rozjeżdżaniem ich przez rajdy samochodów terenowych i motocykli crossowych. To były lata gdy w Polsce tego typu rajdy stały się popularne, wiele z nich organizowano w terenach cennych przyrodniczo. Nawiązał kontakt z Pracownią na rzecz Wszystkich Istot, która zaangażowana była w przeciwdziałanie takim imprezom – pisaliśmy o tym na łamach „Dzikiego Życia” (2001, nr 5). Dzięki bezkompromisowej postawie mieszkańców Bieszczadów, dziennikarzy i organizacji pozarządowych w 2001 roku organizatorzy jednego z rajdów byli zmuszeni byli odwołania imprezy („Dzikie Życie”, 2001, nr 7-8). Inny z rajdów miał odbywać się w dolinie potoku Paniszczew oraz w sąsiadującej z nią zatoce Jeziora Solińskiego noszącej nazwę Zatoka Victoriniego. Pustelnik znad zatoki wielokrotnie donosił o nielegalnych rajdach samochodów i motorów w terenach dzikich Bieszczadów, domagał się powstrzymania organizacji tego rodzaju wydarzeń.
Dla „Dzikiego Życia” o życiu w samotni nad Jeziorem Solińskim mówił: „Często widuję tu zwierzęta. Obserwuję, jak przychodzą na pola, jak pasą się z moimi końmi. Wilki także czasem polują na moje zwierzęta, ale nie domagam się wypłacania za to odszkodowania, bo to jest woda na młyn dla myśliwych, aby strzelać do wilków. Dziki mają tutaj także dużo przeciwników. Czasami mi w nocy łąki poryją, ale ja nie życzę sobie, by na moim terenie do nich strzelano”, oraz: „Uważam za rzecz haniebną, że można się pasjonować myślistwem. Przecież ludzie, którzy tutaj polują, mają co do garnka włożyć, nie robią tego z głodu. Kiedyś było tu dużo więcej zwierzyny, obecnie jest ona zdziesiątkowana. Łań jest więcej niż byków, gdyż poroża samców są atrakcyjne i wiszą na ścianach w gabinetach prominentów”. Polecamy artykuł Dariusza Matusiaka o Henryku Victorinim („Dzikie Życie”, 2003, nr 7-8).
Żegnamy Henryka Victoriniego z wielkim żalem i smutkiem.
Zarząd Stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot
Redakcja Miesięcznika Dzikie Życie
Na zdjęciu Henryk Victorini z jednym ze swoich koni, 2003 rok. Fot. Dariusz Matusiak, archiwum Pracowni na rzecz Wszystkich Istot