Jesteś tutaj: Dzikie Życie / Numery Dzikiego Życia
Bielik dostrzegł szarego włóczęgę już z daleka. Zniżył nieco lot, by przyjrzeć się mu bliżej, lecz ten spiesznie zniknął między drzewami. Z obszaru pod wzgórzem pierzchnęły także spłoszone lisy. Jeden z nich poczuł już kiedyś szpony orła na swoim grzbiecie. Ledwo wówczas uszedł z życiem.
* * *
Z trudem przydźwigał karpia do gniazda. Tak dużą zdobycz pisklęta widziały po raz pierwszy w swoim krótkim życiu. Po raz pierwszy również próbowały samodzielnie rozdziobywać ofiarę. A nie było to proste. Tym bardziej, że ryba jakiś czas jeszcze drgała, przytrzymywana pazurami samicy. Lecz obecnie po wczorajszym karpiu zostały tylko niewiele znaczące resztki. Bielik znów musiał ruszyć na polowanie. Lekki wiatr od Północy ułatwił start. Szeroko rozwijając skrzydła pierwotnie dał się nieść podmuchom, by po chwili zmienić kierunek i nabrać wysokości. Nieco dalej, za krawędzią jeziora, wykorzystał prąd wstępujący. Teraz szybowanie stało się jeszcze łatwiejsze. Wkrótce znalazł się tam, gdzie powinien. Czyli w punkcie pozwalającym ogarnąć wzrokiem cały rewir.
Uważnie przepatrywał ziemię i jezioro. Nawet z tej wysokości rozpoznawał najdrobniejsze szczegóły. Nie uszło jego uwadze żadne stworzenie, zwłaszcza będące w ruchu: kozioł sarny w przerzedzonej części lasu, kaczki przepływające zatokę, a także miniaturowy trzcinak zmierzający między oczeretami do gniazda.
Zataczając wielkie koła powoli zaczął schodzić coraz niżej. Trochę go zniosło ku północy, ale nie skorygował kierunku. Na torfowiskach przed sosnowym borem skakała para pokaźnych szaraków. Jeszcze nie zdążyły dojrzeć skrzydlatego łowcy, więc poczynały sobie całkiem beztrosko. Przynajmniej z pozoru tak wyglądało. Dopiero będąc niżej ujrzał, co się dzieje w rzeczywistości. Widywał podobne scenki niejednokrotnie. Trwała zażarta walka gachów. Stojąc na tylnych nogach jeden drugiemu wyrywał pazurami pęki sierści i rozdzielał kopniaki. Biły się o samice w rui. Zajęte utarczką mogły się dać podejść. Bielik natychmiast wykorzystał sprzyjającą okoliczność. Opadł na ziemię, wyrównał lot i niemal muskając skrzydłami trawy ruszył w stronę zacietrzewionej dwójki. Właściwie nigdy nie uderzał bezpośrednio z góry. Wyjątek stanowiły polowania na ryby.
Tuż przed atakiem wysunął do przodu stopy z chwytnymi szponami. Nagłe pojawienie się oraz impet natarcia birkuta zupełnie zaskoczył szaraki. Stały w linii lotu i to ocaliło pierwszego. Bowiem pochwycony za kark zderzył się z drugim, dzięki czemu pazury ptaka, jeszcze nie do końca zwarte, wypuściły ofiarę. Oba gachy przekoziołkowały i sadząc ogromne susy sadziły w przeciwne strony. Bielik, straciwszy pierwotny rozpęd, ciężko wzbił się w powietrze. Uzyskawszy kontakt wzrokowy z uciekającymi zającami zdecydował się na zranionego. Był też znacznie bliżej. Niestety, również bliżej lasu, o czym przekonał się trochę za późno. Szarak po dokonaniu ostrego zwrotu zniknął miedzy drzewami.
Nie pozostało nic innego, jak wrócić nad torfowisko. Lecz w międzyczasie i drugi zając gdzieś przepadł. Odskoczyć daleko nie mógł. Dookoła otwarta przestrzeń. Czyli ukrył się w turzycach lub trawie, licząc na to, że maskujące umaszczenie futra nie pozwoli zostać dostrzeżonym. Birkut znał te sztuczki. Doświadczenie podpowiadało mu, że szarak długo w kryjówce nie usiedzi. Trzeba jedynie trochę poczekać. Na miejsce czuwania wybrał pień uschniętej sosny. Przysiadł ogonem do lasu i cierpliwie lustrował torfowisko. Wreszcie stało się tak, jak przewidział. Może po kwadransie szarak, uspokoiwszy się nieobecnością drapieżcy i nie wytrzymując zgromadzonego napięcia, ruszył z miejsca. Orzeł rozpoczął pościg. Liczne zwody przeciągającej się ucieczki wyczerpały uciekiniera. Powoli tracił zwrotność. Kilkakrotnie prześladowca już otarł jego skórę. Ostatnim szusem rozpaczy usiłował umknąć w las. Lecz drapieżnik nie powtórzył wcześniejszego błędu, w porę odcinając drogę między drzewa. I w końcu umęczoną ofiarę pochwycił. Bardzo mocno zaciśnięte szpony obezwładniły wierzgającego zająca. Bielik przez pewien czas wlókł ofiarę przy samej ziemi i właśnie się wzbijał, gdy raptem spomiędzy drzew wypadł wilk. Imponującym skokiem dosięgnął zająca od dołu i we trójkę wylądowali w trawie. Co prawda przerażonemu birkutowi udało się dosyć prędko rozewrzeć palce, lecz i tak znalazł się na grzbiecie.
Uderzenie potylicą o ziemię przejściowo zamroczyło ptaka. Szorując plecami stracił kilka barkowych piór. Serce jego tłukło się w oszalałym tempie. Jednak nim się otrząsnął i jako tako pozbierał, niebezpieczeństwo minęło. Basior uszedł z szarakiem, nawet nie oglądając się na obrabowanego. Jeszcze nieco oszołomiony bielik poderwał się do lotu; by co rychlej opuścić torfowisko. W tej chwili pragnął tylko spokoju i odosobnienia. Znalazł je miedzy sosnami, w gnieździe nadbrzeżnym. Gniazdo rezerwowe odwiedzał rzadko. Czasem zatrzymywał się tu, by odpocząć w trakcie polowań. Lub w ciszy posilić się jakimś niedaleko pozyskanym kąskiem. Teraz przysiadł, aby uporządkować sponiewierane pióra. Ucierpiały zwłaszcza podbarkówki oraz lotki przedramienia. Wciąż był wzburzony, ale i echo minionego zatrwożenia nadal w nim krążyło. Powoli dochodził do siebie. Wreszcie pióra zostały uładzone, równowaga wewnętrzna wróciła.
Kołował chwilę nad lasem, systematycznie nabierając wysokości. Wiatr z północnego zmienił się na północnowschodni. Kłębiaste chmury gęstniały. Słonce ledwo prześwietlało ich warstwę. Miejscami jeszcze pojedynczy silniejszy promień omiótł wierzchołki drzew, ale marsz chmur nie ustawał i wkrótce wszystko tonęło w szarości. Na skraju oczeretów, przy zachodnim cyplu zatoki żerowały gęgawy. Dostrzegł je, lecz sam również został zauważony. Gęsi przezornie wsunęły się w głąb trzcin, gdzie drapieżnik dosięgnąć żadnej nie mógł. Natomiast za drugim pasmem trzcin pływały krzyżówki. Bielik zszedł nad wodę, wykorzystując osłonę cypla. Tu ponownie nabrał sporej prędkości, przeskoczył cypel i wpadł pomiędzy kaczki. Dobrze przeprowadzony atak powiódł się. Wprawdzie spłoszone stadko zdążyło wystartować, ale uwiązł w szponach drapieżcy ostatni spośród uciekających kaczorów. Zagarnięty już w powietrzu. Rwetes kaczek wypełnił całą zatokę, płosząc żerujące w pobliżu cyranki i perkozy.
Łowca poniósł zdobycz prosto do gniazda. Zielona połyskująca głowa kaczora kołysała się bezwładnie w takt uderzeń skrzydeł. Podniecone tym widokiem maluchy przekrzykiwały jeden drugiego. Gdy wreszcie łup wylądował w gnieździe, zamieszanie zwiększyło się. Birkut wypoczywał jakiś czas na gałęzi obok. Rodzina miała pokarm, mógł zająć się sobą. I on przecież od rana nic nie jadł. A lecąc ku wyspie dostrzegł niesioną falami jeziora martwą mewę. Teraz postanowił tam wrócić.
* * *
Odbił się i zeskoczył z gałęzi. Przypowierzchniowy podmuch wiatru zniósł go przed wyspę. Poddał się temu, wykorzystując okrążenie drzew do nabrania wysokości. Wreszcie miarowo uderzające skrzydła uniosły bielika nad gniazdo. Pokazał swoim maluchom biały ogon, palczasto rozstawione lotki przeciwległych końców skrzydeł i płynnym ślizgiem, częściowo pod wiatr, wzbił się do góry. Niebo ciemniało. Wiedział, że niebawem zacznie hulać burza. Ale chciał jeszcze podjąć wcześniej wypatrzoną mewę. Warto było spróbować. Choćby dlatego, iż przeczuwał trwalszą zmianę pogody. A każde takie załamanie częściowo utrudniało dostępność pokarmu. I kto wie, kiedy będzie mógł cokolwiek pozyskać do jedzenia.
Mewa zniknęła. Również biorąc poprawkę na dryf, nie dostrzegł jej w pobliżu. Dla pewności wzbił się trochę wyżej, gdzie natychmiast obmyły go zimniejsze prądy powietrza. Górą wiało od północy. Podmuch przyniósł zapach morskiej soli. Birkut chłonął tę woń z przyjemnością. Przypominała młodość, którą spędził na tułaczce wzdłuż brzegów morza. Nad jeziorem osiedlił się dopiero w szóstym roku życia, gdy zrzucił ziemistobrązowe upierzenie. Wtedy to zniknęły z piersi oraz grzbietu białe plamy, głowa i szyja stały się nieco jaśniejsze, zaś ciemny dotąd dziób zżółkł, podobnie zresztą jak i nogi. Upierzenie ptaka dojrzałego pobieliło także sterówki ogona. I w tym to właśnie czasie poznał samicę, z którą wyprowadzili cztery lęgi. Obecny był piątym. Niestety żaden z wcześniej odchowanych młodzików nie dożył nawet dwunastu miesięcy. Pierwszy wypadł z gniazda j rozszarpały go kuny. Drugi nie przetrzymał ostrzejszej zimy. Trzeci zginął po zderzeniu z linią wysokiego napięcia, a czwarty – żyjący najdłużej - zaplątał się w rybackich sieciach.
Bielik w końcu martwą mewę wypatrzył. Fale zniosły ją prawie na środek jeziora. Dogonienie jej było proste. Nie wymagało pokonywania oporu wiatru. Zszedł nad wodę i zwyczajnie dał się zepchnąć, jedynie korygując kurs nadgarstkami skrzydeł. Podjął mewę wówczas, gdy wyniesiona została przez wodę na szczyt fali. Dokładne liczenie momentu chwytu miało ten sens, że różnica wysokości między Wierzchołkiem fali a bruzdą sięgała prawie metra. Źle wymierzone podejście mogło zakończyć się kąpielą. I choć sama kąpiel niczym nie groziła, przy obecnym stanie jeziora start jednak byłby raczej kłopotliwy. Nim zawrócił, zniosło go kolejne metry. Należało odzyskać utracony odcinek. Tymczasem moc wiatru zmieniała się z minuty na minutę. O ile jeszcze przed chwilą dwa lub trzy uderzenia skrzydłami równoważyły znos i powoli parł ku wyspie, o tyle teraz miał trudności z utrzymaniem się w miejscu. Porywy targały nim lub wręcz wywracały na bok. Rosło zmęczenie w mięśniach piersiowych. Nie nawykł do podobnego wysiłku. I gdyby nie obawa o pozostawioną w gnieździe rodzinę, zwłaszcza pisklęta, byłby z walki zrezygnował. Ostatecznie przeczekać wicher mógł wszędzie.
Nawałnicę wspomogła ulewa. Bezlitośnie smagające strugi obmywały naprężoną pierś, utrudniały też oddech. Szczęściem, od czasu do czasu impet wichru malał między kolejnymi zrywami. To pozwalało przybliżyć się do gniazda. Sprzyjały temu również lokalne zawirowania. Dojmujący ból nadmiernego wysiłku przeszywał ciało na wskroś. Porzuconą mewę już dawno wchłonęły spienione fale. Za bardzo zwiększała opór, utrudniając lot. Wreszcie dotarł za osłonę wyspy, wzbił się i przysiadł na pierwszej dostępnej gałęzi drzewa. Resztę drogi w pobliże gniazda przebył pieszo, krok po kroku. Lądowanie z powietrza niosło zbyt wielkie ryzyko.
Bolesne zmęczenie powoli ustępowało. Bielik, wyrównawszy oddech, ze zdziwieniem rozglądał się dookoła. Owszem, nadmorskie sztormy nie jeden raz w przeszłości porządnie przetrzepały mu pióra. Lecz aż tak gwałtownej burzy dotąd nie przeżył. Dąb huśtał się, wstrząsany porywami. Jednak wplecione w szczytowe rozwidlenie konarów gniazdo trzymało się mocno. Strwożonym pisklętom otuchy dodawała samica. Obrócona dziobem pod wiatr przywarła do wgłębienia. Każde z maluchów krył okap matczynego skrzydła i nic w tej sytuacji grozić im nie powinno.
Po dwóch godzinach burza jeszcze przybrała na sile. Mrok nisko zwieszonych chmur zgęstniał. Z furią atakowane jezioro kipiało wysokimi falami, których wierzchołki na strzępy rozrywał szalejący wicher. Kierunek wiatru znaczyły bielejące pasma piany, a wszystko to ginęło w nieustających bryzgach wodnej kurzawy.
Późnym wieczorem nawałnica jakby zakrztusiła się swoją mocą. Wicher nieco zelżał. Centrum burzy wypchnęło na wschód. Lecz nadal siekły deszcze, zaś podtopioną wyspę wciąż wypłukiwała kipiel. Systematyczny szturm wód obnażył korzenie drzew od nawietrznej strony. Niektóre wkrótce mogły runąć. Dorosłe bieliki znosiły niesprzyjającą pogodę na ogół dobrze. Gorzej było z maluchami. Ich upierzenie dopiero się wykształcało. Puch słabo chronił przed wilgocią. Tym bardziej podszytą chłodnym wiatrem. Pisklętom więc, mimo troskliwej osłony skrzydeł matki, począł zagrażać ziąb. Zwłaszcza od spodu, gdyż wściekłe porywy w rezultacie jednak naruszyły konstrukcję gniazda. Może nie na tyle, by miało się rozsypać, lecz wystarczająco dla zwiększenia swobody hulających w szczelinach podmuchów.
Złe nocne godziny ciągnęły się w nieskończoność. Miniona burza nadal omiatała jezioro mokrym ogonem. Ptaki z nadzieją spoglądały na wschód, wypatrując oznak świtu.
Lech M. Jakób
W 1998 roku „Dzikie Życie” drukowało wilczy wątek powieści Lecha Jakóba „Drapieżcy”. W tym numerze rozpoczynamy publikację wątku orła bielika. Pretekstem do fabularnego opisania fragmentu losów trzech drapieżników była notatka prasowa informująca o znalezieniu w jednym miejscu martwych ciał wilka, orła i szczupaka. Ciąg dalszy w kolejnych numerach.