Jesteś tutaj: Dzikie Życie / Numery Dzikiego Życia
Fot. Andrzej Ginalski
Izrael i Palestyna powoli gubią się w gąszczu dyskusji i pomysłów dotyczących sposobów uratowania bezcennego skarbu przyrodniczego i kulturowego, jakim jest Morze Martwe.
Najsłynniejsze morze świata, leżące w najniższym punkcie Ziemi, dramatycznie się zmniejsza. W ciągu ostatnich 25 lat linia brzegowa cofnęła się o ok. 90 cm. Przedstawiciele Jordanii i Izraela ostrzegają, że jest to stały trend i jeśli nadal się utrzyma – Morze Martwe zniknie do 2050 r. z powierzchni ziemi wraz ze swoim unikatowym ekosystemem, pokonane przez zmianę biegu wpadających do niego rzek, eksploatację złóż mineralnych oraz takie naturalne przyczyny, jak parowanie.
Przedmiotem dyskusji między Izraelem i jego sąsiadami jest kluczowy projekt, mający na celu podniesienie poziomu wody w Morzu Martwym poprzez przepompowanie jej z Morza Czerwonego.
Przyczyną podjęcia bardziej intensywnych działań są coraz bardziej widoczne efekty cofającej się wody: wielkie dziury, które pojawiają się nagle w nadmorskich okolicach. Przyczyną pojawiania się tych zapadlisk jest obniżanie się warstwy wodonośnej; jednocześnie sól pozostawiona przez cofające się wody Morza Martwego intensywnie eroduje powierzchnię ziemi.
Morze Martwe jest opisywane już na kartach Starego Testamentu. Grzeszne miasta Sodoma i Gomora leżały na jego brzegach, a z pobliskiej góry Nebo Mojżesz po raz pierwszy ujrzał Ziemię Obiecaną.
Spokojny, słoneczny akwen, otoczony przepięknymi piaskowym klifami, jest wielką atrakcją turystyczną Jordanii i Izraela, m.in. z powodu leczniczych właściwości wód i błota. Na jego brzegach zbudowano wiele pięciogwiazdkowych hoteli, które są przyczyną zanieczyszczenia środowiska i dalszych zagrożeń.
Morze Martwe leży ponad 420 metrów poniżej poziomu morza i jest najbardziej słonym zbiornikiem wodnym na ziemi. Na wschodnim jego brzegu leży Jordania, a na zachodzie – Izrael. Wpadająca do Morza Martwego rzeka Jordan jest częścią większego systemu rzecznego, nadmiernie eksploatowanego przez Jordanię, Izrael i Syrię, co spowodowało obecne problemy.
Po podpisaniu w 1994 r. pokoju pomiędzy Jordanią a Izraelem, rozpoczęto prace nad ratowaniem Morza Martwego. Jednak kolejne konflikty i wysoki koszty prac doprowadziły do zarzucenia różnych projektów jego ochrony.
(Associated Press)
Pokrywa lodowa na Morzu Arktycznym miała do końca tego lata rekordowo mały zasięg. Obserwatorzy wiążą to z wywołanym przez człowieka globalnym ociepleniem.
Wykonane przez amerykańskie centrum US National Snow and Ice Data Center (NSIDC) pomiary wykazały, że 8 sierpnia zasięg lodu morskiego był niemal o 30% mniejszy niż wieloletnia średnia. Według NSIDC, po pierwszym tygodniu sierpnia tego roku lód morski zajmował 5,8 mln km2. Natomiast sierpniowa średnia z lat 1979-2000 wynosiła 7,7 mln km2. Drugą w kolejności, rekordowo niewielką powierzchnię lodu na Morzu Arktycznym odnotowano w roku 2005 – lód zajmował wówczas tylko 5,32 mln km2.
W ostatnich latach, poza tym, że latem topnieje więcej lodu niż zwykle, to dodatkowo zimą tworzy się nieco mniej nowego lodu. Badacze przewidują, że do 2040 r. w okresie letnim arktycznego morza w ogóle nie będzie pokrywał lód.
Eksperci z National Center for Atmospheric Research (NCAR), University of Washington i McGill University ustalili, że różnego rodzaju „dodatnie sprzężenia zwrotne” mogą zwiększać tempo ubywania lodu w regionie. Jasna powierzchnia lodu morskiego odbija 80% docierającego do niej światła słonecznego. Jednak w miarę, jak latem lodu ubywa, odsłania się coraz więcej ciemnej powierzchni oceanu. Ta zaś, zamiast światło odbijać, pochłania 90 jego procent, nagrzewając wody i przyspieszając dalsze topnienie. Naukowcy obawiają się, że taki mechanizm może silnie wpłynąć na życie w regionie – i to nie tylko na los polarnych niedźwiedzi, polujących z lodu morskiego.
(PAP)
W amerykańskim stanie Kolorado leśnicy zastrzelili tego lata 35 niedźwiedzi. Głodne zwierzęta w poszukiwaniu jedzenia penetrowały kempingi, włamywały się do śmietników, a nawet do domów.
W Kolorado żyje około 10 tys. niedźwiedzi. W tym roku pogoda uszczupliła znacząco ich żerowiska. Późną wiosną przymrozki zniszczyły jagody, które są podstawą diety wszystkożernych niedźwiedzi. Potem w suchym i gorącym lipcu wyschła górska roślinność, zmuszając niedźwiedzie do szukania żywności na niższych wysokościach i w ludzkich siedzibach.
Zgodnie z przepisami, niedźwiedź przyłapany na żerowaniu w pobliżu ludzkich siedzib musi zostać uśpiony, oznakowany i zawieziony z powrotem w góry. Przepisy nakazują odstrzał misiów przyłapanych na recydywie.
– „Problemem nie są niedźwiedzie, które rzeczywiście pozwalają się karmić, lecz sposób, w jaki zachowują się ludzie – powiedział rzecznik wydziału ochrony przyrody stanu Kolorado, Tyler Baskfield. –Zostawiają oni otwarte kontenery na śmieci, wyrzucają na dwór resztki karmy dla swoich zwierząt domowych. Niedźwiedzia może także przyciągnąć zapach grilla”.
W innych stanach na zachodzie USA również meldowano o większej liczbie kłopotów z niedźwiedziami. W Nowym Meksyku dwie osoby zostały pogryzione – na szczęście niegroźnie – przez niedźwiedzie, które wlazły do namiotu, a z okolic jeziora Tahoe w Kalifornii i Nevadzie donoszono o częstszych niż zwykle przypadkach niedźwiedzi odwiedzających górskie chatki i domy.
Późnym latem i jesienią niedźwiedzie żerują intensywnie i pochłaniają po 20 tys. kalorii dziennie, przygotowując się do zimowego snu. Niedźwiedzice uczą młode, gdzie znaleźć pokarm, włącznie z siedzibami ludzi. – „W ten sposób mogą rosnąć kolejne pokolenia niedźwiedzi przyzwyczajonych do żerowania w pobliżu siedzib ludzkich – powiedział Tyler Baskfield. – Niedźwiedź karmiony przez ludzi to martwy niedźwiedź”.
(PAP)
Fot. Ryszard Kulik
Tybetańczycy przestają nosić skóry tygrysów i panter, co widać wyraźnie podczas większych świąt i jarmarków w Tybecie – twierdzi niezależna Agencji Badania Środowiska (EIA) w ogłoszonym raporcie.
Dwa lata temu podczas konnych zawodów w Lithang w prowincji Syczuan, gdzie żyje tybetańska mniejszość, widać było setki wykonawców i honorowych gości w tradycyjnych strojach ozdobionych skórami tygrysów, panter i wydr. W tym roku pracownicy EIA i Towarzystwa Ochrony Przyrody Indii nie zauważyli ani jednego Tybetańczyka w takim stroju.
Także na rynku w Lhasie zmalała liczba skór oferowanych do sprzedaży – podała organizacja. Handlu skórami dzikich zwierząt zabrania zarówno prawo międzynarodowe, jak i chińskie, ale chińskie władze patrzyły na to do niedawna przez palce, uznając, że proceder działa jak magnes na turystów.
Trwająca od dwóch lat kampania ochrony tygrysów przynosi znakomite rezultaty – twierdzi EIA. Kiedy z apelem o nienoszenie skór tygrysów wystąpił Dalajlama XIV, Tybetańczycy zaczęli urządzać publiczne ich palenie, czego w końcu zakazały władze chińskie.
– „Takie kampanie uświadamiające rzeczywiście przynoszą rezultaty, ale badania pokazują, że konieczne jest wsparcie ich przez specjalistyczne działania wymierzone w handlarzy skórami, kłusowników i przestępcze gangi” – oceniła Debbie Banks, kierująca prowadzoną przez EIA kampanią ratowania tygrysów.
Tygrysów żyjących na wolności jest już zaledwie około trzech tysięcy, z czego mniej więcej połowa w Indiach, gdzie sto lat temu żyło ich niemal 40 tysięcy.
(PAP)
Co najmniej 20 tygrysów znowu pojawiło się w tropikalnym lesie deszczowym w górach Sahyadri w zachodnich Indiach, chociaż sądzono, że kłusownicy wybili je tam 30 lat temu.
Odkrycia dokonano podczas spisu tygrysów, które zlokalizowano na powierzchni 800 km2 w górzystym terenie stanu Maharasztra na północnym zachodzie Półwyspu Indyjskiego. W tym rejonie są idealne warunki bytowania dla tygrysów. Przyrodnicy mają nadzieję, że władze ogłoszą teraz Sahyadri rezerwatem tych zwierząt, a co za tym idzie, przydzielą fundusze na ich ochronę.
Szacuje się, że w Indiach żyje połowa światowej populacji tygrysów. Jednak według spisu z lat 2001 i 2002, ich liczba spadła z 40 tys. do zaledwie 3642 w ciągu stulecia. Najnowszy spis wskazuje natomiast, że w Indiach jest od 1300 do 1500 tych zwierząt.
Tygrysy padają łupem kłusowników, ponieważ ich części ciała są używane w tradycyjnej chińskiej medycynie, a skóry kosztują tysiące dolarów.
(PAP)
Jak ogłosiła Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody (IUCN), czerwona lista gatunków zagrożonych wyginięciem powiększyła się w tym roku o kolejne pozycje. IUCN nadzoruje sytuację 41415 gatunków, z czego aż 16306 jest zagrożonych, czyli co czwarty gatunek ssaków, co piąty ptaków, co drugi gadów, co trzeci płazów i 70 proc. roślin. Daje to o 188 zagrożonych gatunków więcej niż w roku poprzednim.
W trudnym położeniu znajduje się m.in. populacja goryla nizinnego, niszczona przez wirus ebola, oraz orangutany z Borneo i Sumatry, które cierpią z powodu nadmiernego wylesiania. Do zaledwie 182 osobników skurczyła się populacja gawiala gangesowego, krokodyla żyjącego w Gangesie. Najprawdopodobniej całkowicie wyginął biały delfin baiji, zamieszkujący niegdyś chińską rzekę Jangcy. Ofiarami leków przeciwzapalnych podawanych bydłu stały się sęp łysy i ścierwnik biały. Na czerwonej liście pojawiły się też korale, czego przyczyną jest postępujące ocieplenie klimatu.
Od momentu opublikowania pierwszej czerwonej listy w 1966 r. za wymarłe uznano już 785 gatunków, a kolejne 65 można spotkać jedynie w niewoli.
(PAP)
Opracowanie: Magdalena Kozyra i RS