Jesteś tutaj: Dzikie Życie / Numery Dzikiego Życia
Tam, gdzie stoją Strachy nie jest jeszcze aż tak źle. Żeby były Strachy muszą być pola i wróble. Wróble i inne ptaszyska są wtedy, gdy nieopodal rosną drzewa. Wobec tego pola nie mogą być
zbyt duże. Są niewielkie, poprzedzielane miedzami, na których rosną krzaki. Tu i ówdzie ciągną się wąwozy, w których stoją wielkie drzewa i przynajmniej raz w roku płynie strumyk. Z wąwozów wychodzą na pola sarny i dziki, by czynić szkody. Pola, miedze i wąwozy otaczają wsie, które są takie jak trzeba: domy, ogrody i sady, sklep, gospoda, czasem kościół. No i jakieś święte drzewo: dąb lub lipa, a na nim kapliczka. Takie drzewo to centrum miejscowego świata, przy którym krzyżują się drogi i wedle którego określa się, kto i gdzie mieszka. Kiedy to wszystko takie właśnie jest, są wróble i inne darmozjady, które mają gdzie mieszkać i co jeść,
oczywiście na polach, które uprawia człowiek. Człowiek nie może cały czas chodzić po roli i wymachiwać rękami, żeby przeganiać żarłoczne ptaszyska. Ktoś to musi robić za niego. Od tego jest Strach. Chochoł na podobieństwo człowieka. Strach jest taki, jak ludzie, których ma wyręczać. Powinien przecież przypominać wyglądem gospodarza, by wróble i inne szkodniki myślały, że to on.
Jan Maciejka jest dobrym, solidnym gospodarzem i nie dopuści do tego, by ptaszyska pomniejszyły jego zbiory. Wierzy w to, że tak właśnie trzeba i na tym polega gospodarność. A powinnością człowieka jest być gospodarnym. Natomiast dzielenie się efektami swojej pracy z dzikim ptactwem to marnotrawstwo, które przecież jest grzechem.
Na polu Johnnego stoi Strach, a jakże. Postawił go jeszcze jego ojciec i tak stoi już ze 30 lat! Tylko odzienie Stracha zmienia się wraz z upływającym czasem. Kiedy Johnny był mały, Strach miał na głowie kapelusz, na ramionach białą (niegdyś) koszulę, stary surdut przewiązany skórzanym pasem. Na wietrze powiewały poszarpane nieco przez wałęsające się psy czarne spodnie. Ojciec Johnnego miał fantazję. Zawsze kiedy wracał z gospody podchodził do Stracha i wkładał mu w butonierkę urwaną komuś przez płot różę. Kiedy był zbyt pijany i matka Johnnego nie wpuszczała go do domu, pod Strachem przesypiał do rana. Był do niego przywiązany i kiedy umarł, Johnny zrozumiał, że w Strachu został kawałek ojca, jakby garść jego duszy. Nie śmiał Stracha ruszyć, coś go powstrzymywało.
dziury po niej łatane blachą, co ją kiedyś wiatr przywlókł z PGR-u. Wapno
oblazłe, płot pochylony, za płotem śladu już nie ma po malwach, nagietkach i floksach, które kiedyś migotały kolorami aż do środka wsi. Dzieci Józkowi do miasta odeszły, żona umarła. Już będzie 6 lat, jak Józek sam w chałupie siedzi i chmury na niebie liczy. Tyle, że mu Strach w okna zagląda. Na polu zdziczałym, z chaszczy i trawy wysokiej sterczy. Jest do kogo gębę otworzyć. Józek gada do niego i nie ogląda się za siebie, czy go kto nie słyszy. Nikt go nie widzi i nikt mu do czoła nie popuka. Gada do niego, kiedy chce i takie rzeczy, że nikomu innemu by ich nie powiedział. Ale nie podchodzi. Nie chce wystraszyć siedzących na Strachu wróbli. A one tam siedzą, skaczą i szczebioczą. Wielki ruch robią. Skubią wełnę ze swetra, w który Strach jest odziany i gniazdo z tego plotą. Gdzie? W kapeluszu, co się jeszcze cudem wiatrom oparł. Oj, będzie gwar, jak się pisklaki z jajek wyklują. Patrzy Józek na to wszystko i ciepło mu na duszy. Póki strach stoi i kłębi się w nim życie, to jakby porządek na świecie panował. A jak się kiedyś zwali...? To on wtedy sam na miejscu stracha stanie, może i w nim wróble zamieszkają? Uśmiechnął się Józek do swych myśli. I porządek dalej będzie trwał na świecie.
Tam, gdzie stoją strachy nie jest jeszcze tak źle. Muszą być i ptaki i
drzewa. Muszą być też ludzie, do których strachy są podobne. Tacy, co to swój charakter mają, którzy się spośród siebie wyróżniają.Marta Lelek